| Biblioteka Koczalska - Floetensteiner Bibliothek |
Hiazintus Ukryty klejnot Zyjacy na Pomorzu pastor Twardecus od wielu, wielu lat dzialal w swej parafii, znal dobrze wiekszosc jej mieszkancow, towarzyszyl ich troskom i radosciom. Jego otwartosc i szczerosc, uczciwe i przykladne podejscie do swej pracy, dzialaly tworczo na zycie wsi. Jego posiwiala, starcza glowa odcinala sie swym jasnym blaskiem od szarosci drog, ktorymi przechodzil, a dobroduszna twarz napawala otucha serca osob pozdrawiajacych go. Od pewnego jednak czasu zauwazyc mozna bylo w spojrzeniu pastora pewne zamyslenie, blask bijacy z jego oczu utracil swa sile. Jakiez to troski zajmowaly Twardecusa? Idac teraz na kazanie, trzymajac w swych dloniach sedziwa jak on Biblie, pochylal sie nieznacznie do przodu, jakby byl obarczony jakims ciezarem. Mysli pastora przebywaly teraz czesto nad brzegiem jeziora, zwiazane byly z nim niewidzialna nicia ostatnich przezyc i wzbudzonych do zycia pytan, obok ktorych nie sposob bylo przesc obojetnie. Piekny jesienny dzien zapukal do okien domow, radosnie stracal swa zlocista barwa ostatnie tchnienie snu spoczywajace na przymknietych powiekach. Pastor Twardecus wstal dzisiaj nieco wczesniej i po spozytym posilku zasiadl przy swoim biurku, czytajac to wykonujac niezbedne pisemne czynnosci. Byla niedziela. W samo poludnie odbyc sie miala tradycyjna msza, do tego jednak czasu pozostalo pastorowi pare wolnych chwil, w sam raz wystarczajacych na krotki spacer. Twardecus wiedzial, gdzie mialby on prowadzic. Jezioro oddalone bylo od jego mieszkania dosc spory kawalek drogi, on zas, mimo podeszlego wieku, kroczyl raznie ku niemu na swych starczych nogach. Czy ktokolwiek widzial pastora Twardecusa, by przemieszczal sie po swej miejscowosci czterokolowym pojazdem? Na coz bylby mu on potrzebny? Przenigdy nie pozbawilby sie dla wygody bezposredniego kontaktu z ludzmi, z odglosami i zapachami, z wiatrem wedrujacym wsrod koron drzew i niosacym z soba spiew ptakow, pozdrawiajacych sie swym swoistym jezykiem. Doszedl na miejsce. Na lewym brzegu, ku ktoremu skierowal swoj wzrok, nie bylo widac przycumowanej lodki. Spojrzal na jezioro. Na jego powierzchni posuwala sie wolno szarawa lodz, na ktorej siedzial w milczeniu mlody czlowiek. W jego postawie widoczne bylo pewne zagubienie, przyciszenie, ktore silnie oddzialywalo na pastora, dawalo mu powod do smutku. Twardecus nie znal mlodzienca osobiscie, nie widzialy go jego koscielne mury, znaly go jedynie sciezki, ktorymi chodzil i miejsca, w ktorych przebywal. Pastor postanowil jednak, ze dzisiaj sprobuje nawiazac z nim kontakt, sprobuje wymienic z nim kilka slow, po ktorych wiele sobie obiecywal. Tak wiec czekajac na przybycie lodki do brzegu, przechadzal sie wolnym krokiem po piaszczystej plazy, lubil jej piekno, lubil wsluchiwac sie w odglosy wedrujacych fal, przygladac sie koronom drzew pochylajacych sie zadziornie nad tafla jeziora. W pewnej chwili spostrzegl, niemal zaskoczony, przeplywajaca obok lodke, sunaca po wodzie bez jakiegokolwiek odglosu. - Dzien dobry - rzekl z usmiechem pastor. - Dzien dobry - odrzekl mlodzieniec nie zatrzymujac swej lodki. Twardecus wiedzial, ze musi w jakis sposob wciagnac do rozmowy plynacego. Lodka sie oddalala. - Wspaniala cisza panuje dzisiaj nad jeziorem. Ciesze sie, ze sie tutaj znalazlem - probowal podtrzymac rozmowe. - Tak, ma pan racje. Dzis jest wyjatkowo - odpowiedzial spokojnym glosem mlodzieniec. - Nie meczy pana to ciagle wioslowanie? Wydaje mi sie, ze trzeba w to wkladac niemalo wysilku. - Nie ..., mozna sie do tego przyzwyczaic. Poza tym i tak przybijam zaraz do brzegu, tylko jeszcze poplyne w strone trzcinowisk. - Do tych wysokich trzcinowisk, ktore jasnieja tam w sloncu? - przy tym pytaniu Twardecus wyciagnal swa dlon w kierunku polnocnym, ku tym pieknym, o tej porze roku w kolorze slomy roslinom, ktorych barwa wyraznie odcinala sie od blekitu nieba i toni wodnej. - Moze mialby pan ochote przeplynac sie kawalek? - zapytal mlody czlowiek, ktory rozpoznal w stojacym na piaszczystym brzegu pastora. - Nie chcialbym panu sprawiac klopotu, poza tym nie wiem, czy z moim ciezkim brzuchem lodka pana by sobie poradzila - zazartowal. - Na pewno sobie poradzi - rzekl rozbawiony mlodzieniec i ruszyl ku brzegowi. Na kolysanej falami jeziora lodce, siedzialo teraz dwoch pasazerow: jeden mlody, kierujacy lodzia miarowymi ruchami wiosel i drugi, siedzacy naprzeciw, siwowlosy starzec. Miedzy nimi zapanowalo pewne skrepowanie, przez dluzsza chwile nie wymieniali ze soba slow, tylko kazdy, na swoj sposob, spogladal na ruchliwe zycie fal. Pastor byl czujny. Nie znalazl sie przeciez tutaj przypadkowo. Pragnal rozwiazania gnebiacej go zagadki i jezeli zajdzie taka potrzeba - wyciagniecia swej pomocnej dloni. Widzial na twarzy chlopca klebiace sie mysli, przeczuwal ich tesknoty, dostrzegal jednak takze cos bardzo niepokojacego - pewne strasznie wysokie i za bardzo przeceniane mury, ktore trzymaly w niewoli szczere popedy mlodzienca. Pastor zwrocil sie z pytaniem, ktorego zazwyczaj nigdy nie uzywa w stosunku do ludzi, poniewaz zna jego plytkosc i powszechnosc; jednak w tym wypadku nie zalowal, ze pokusil sie o ta niedyskrecje. - A czym sie pan zajmuje, jesli wypada mi sie zapytac? - przemowil lekko chwiejnym i przyciszonym glosem Twardecus. - Ach, niczym specjalnym. Jestem bezrobotnym. Jak okropnie obco i pusto zabrzmialo to slowo w uszach pastora. Jak wzdrygnal sie na brutalnosc tego okreslenia w stosunku do tak wartosciowego czlowieka. Zabolalo go serce. Dobrotliwym oczom pastora narzucil sie w ulamku sekundy ubogi obraz naszego swiata. Kto do tego dopuscil, zeby wszystko stawalo sie przedmiotem i pojeciem? Jak mozna pozwalac na to, zeby o wartosci czlowieka, czy wszelkiego zycia mialy decydowac okreslone, ustalone droga wyliczen cechy, ktore sluzyc mialyby jedynie nowej wartosci najwyzszej - bogactwu materialnemu i zle rozumianemu postepowi? Pastor pokiwal ze smutkiem glowa. Pod blekitnym jesiennym niebem, szara lodka posuwala sie nadal w kierunku trzcinowisk, poruszana jednak tylko podmuchami wiatru. Obaj jej pasazerowie pochlonieci byli teraz rozmowa, bardzo cicha, niemal niedoslyszalna. Niewiele z niej zrozumielismy, ale jej koncowe slowa dotarly do nas tylko dzieki silnemu podmuchowi wiatru, ktory niosl je na swych ramionach. - Nie bedziesz nigdy stolarzem, nauczycielem, muzykiem - mowil powoli i wyraznie Twardecus. - Nie bedziesz czyms stalym i okreslonym. Pewne zajecia umozliwiajace ci zarobek, moga ci jedynie sluzyc, wspierac, umozliwic realizacje tego, czego zada twa natura; moga pomoc na przyklad tobie obrone zycia na tym jeziorze przed ludzmi traktujacymi je jako przedsiebiorstwo. Chlopiec spojrzal z wdziecznoscia na pastora. Nikt jeszcze w ten sposob nie rozmawial z nim o jeziorze. W tejze chwili twarz chlopca rozpromienila sie nadzwyczajna jasnoscia i szczeroscia, na chwile zaniknal wysoki, ciasny mur, ktory wiezil jego zycie. Twardecus przygladal sie temu z zachwytem. Zadne znane mu skarby i klejnoty nie mogly rownac sie z tym swym blaskiem i wartoscia. Pozegnali sie. Pastorowi idacemu na poludniowa msze, nie ciazylo teraz na barkach zadne zmartwienie. Twardecus wiedzial bowiem, ze swiatlo, ktore raz znalazlo droge ku wolnosci, tak szybko jej nie zapomni i w kazdej chwili bedzie potrafilo ja na nowo odnalezc. ^nach oben ^ |
|
Copyright (c) 2007 - Jacek Bublewicz,
www.hiazintus.com
All Rights Reserved
Webmaster: Jacek Bublewicz - koczala@hiazintus.com