|
Jacek Bublewicz
Moje pomorskie
korzenie
Z kart historii rodziny
1
Przed kilkoma laty
zdecydowałem się poprosić moją babcię Gertrudę
Jankiewicz z domu Michalke o napisanie wspomnień
związanych z jej życiem w koczalskiej okolicy.
Ona bowiem urodziła się tutaj jeszcze przed drugą
wojną światową i jest naocznym świadkiem dziejów,
jakie miały miejsce na tym skrawku ziemi w XX w.
Wspomnień nazbierało się bardzo wiele. Niektóre z
nich znałem już z czasów dzieciństwa, inne odżyły
dopiero w czasie pisania przez moją babcię wspomnień.
Na potrzeby niniejszego artykułu wybrałem, moim
zdaniem, najważniejsze informacje, które zaciekawić
mogą również niejednego czytelnika.
Tak więc, aby zadośćuczynić tradycji, zaczynam
opisywać w skrócie dzieje mojej babci od samego
początku.
Gertruda Jankiewicz z domu Michalke urodziła się 15
marca 1925 r. na trzynieckim wybudowaniu (Abbau
Steinforth) zwanym powszechnie Zenger (obecnie Zapadłe).
Pierwsze zagrody tamtejszego wybudowania pojawiły się
dopiero w XIX w. Chociaż leżały one blisko siebie,
dzielono je na trzy grupy, z których każda nosiła
swoją nazwę, a mianowicie: An der Ketelmesse, Auf dem
Berge i Am Zengersee.
Auf dem Berge, tzn. "Na Górze", stoi do dnia
dzisiejszego dom, w którym przyszła na świat moja
babcia. Na owej górze mieszkała również rodzina
Roggenbuck (tuż za płotem).
Rodzicami Gertrudy byli Paul August Michalke (ur. 20
stycznia 1886 r. na trzynieckim wybudowaniu) i Anna
Wollschläger (ur. 26 stycznia 1896 r. w Trzyńcu),
którzy zawarli małżeństwo 13 maja 1924 r. w Koczale.
Paul August Michalke był synem rolnika Alberta Michalke
i Marthy Schülke. Martha Schülke zmarła w młodym
wieku, a była podobno bardzo ładną kobietą. Spoczywa
ona na cmentarzu w Koczale.
Anna Wollschläger była córką Bernharda Wollschlägera
z Trzyńca i Franziski Timm pochodzącej z Brzeźna
Szlacheckiego. Jej brat Johannes Wollschläger był przed
1945 r. burmistrzem Trzyńca.
Gertruda była pierwszym dzieckiem swych rodziców.
Urodziła się ona bardzo wątłego zdrowia, tak iż
wszyscy martwili się o to, czy zdoła ona przeżyć. Jej
ojciec modlił się nawet o to pod Mostem Heyera nad
rzeką Brdą. Przyrzekał podczas swej modlitwy, iż
jeżeli jego córka przeżyje, pozwoli jej nawet zostać
zakonnicą. Do zakonnic miał on bowiem nieco negatywne
nastawienie, wynikające z pewnych przeżyć z okresu
pracy na statku handlowym po pierwszej wojnie światowej.
W czasie samej wojny był on marynarzem na okręcie
wojennym.
Paul August Michalke wybrał również dla swej córki
imię Gertruda.
Moja babcia miała jeszcze pięć sióstr i jednego
brata. Nosili oni imiona: Maria Paula (ur. 7 lutego 1927
r.), Anna Katharina (ur. 20 stycznia 1929 r.), Johannes
Paul (ur. 16 lipca 1930 r.), Margarethe (ur. 29 czerwca
1932 r.), Magdalena (ur. 18 lipca 1933 r.) i Regina
Hedwig (ur. 29 lipca 1937 r.).
Rodzice Gertrudy mieszkali do 1933 r. w rodzinnym domu
wzniesionym z czerwonej cegły, którego właścicielem
był Johannes Michalke - brat ojca mojej babci.
Johannes Michalke (ur. 24 stycznia 1882 r. na trzynieckim
wybudowaniu) ożenił się z Anną Spors, pochodzącą z
Koczały (ur. 14 października 1881 r.).
Rodzicami Anny Spors byli Albert Spors z Koczały i Anna
Bork z koczalskiego wybudowania. Ich ślub odbył się 15
września 1873 r.
Kronika rodzinna Flemmingów z Załęża donosi nieco
więcej na temat rodziny Bork, z której pochodziła
matka żony Johannesa Michalke.
Borkowie posiadali gospodarstwo nad jeziorem Dymno w
Koczale. Bork, głowa rodziny, zwany był przez wszystkim
ludzi pracujących u niego "ojcem", ponieważ
był on rzekomo bardzo silny niczym niedźwiedź.
Potrafił on nawet podnieść załadowany zbożem wóz,
by wymienić w nim uszkodzone koło. Chętnie pomagał
innym ludziom, był niczym "ojciec".
Johannes Michalke i jego żona Anna z domu Spors, u
których mieszkała moja babcia, mieli trójkę dzieci:
dwóch synów - Aloisa i Johannesa oraz córkę Hedwig.
Najstarszy z dzieci, Alois Michalke, został księdzem
(zob. "Merkuriusz Człuchowski" r.
2000, nr 3-4, s. 23-25), Hedwig Michalke wyszła za mąż za
Leo Löpera mieszkającego również na "Zenger",
najmłodszy zaś z ich trójki, Johannes Michalke,
zginął na początku drugiej wojny światowej.

Gertruda Jankiewicz z
domu Michalke
2
Coroczne
święta odgrywały znaczącą rolę w codziennym życiu
mieszkańców Pomorza.
Wspomnienia mojej babci związane ze świętami
zawierają w sobie często pewną "historyjkę"
rodzinną, na podstawie której można nierzadko odkryć
typowy rys charakteru ludzi żyjących w danej okolicy.
Do najważniejszych świąt należały przede wszystkim
Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zielone Świątki.
Z Bożym Narodzeniem związane były zawsze choinka, św.
Mikołaj i pasterka.
Kiedy moja babcia miała pięć lat, nauczyła się na
pamięć specjalnej modlitwy, dzięki której otrzymać
miała od Mikołaja piękny prezent. Modlitwa ta była
jednak żartem wymyślonym przez kuzynów Gertrudy,
Johannesa i Aloisa. Należało bowiem do tradycji, iż
przed otrzymaniem prezentu od św. Mikołaja trzeba było
powiedzieć ładną modlitwę.
Tak więc przychodzi Mikołaj. Mama Gertrudy otwiera mu
drzwi, ta zaś pada na kolana i mówi:
"Heiliger Christ, der Du bist.
Hast keine Äpfel,
Hast keine Nüsse,
Hast nur Schafkröttel".
("Święty Mikołaju, którym jesteś. Nie masz
jabłek, nie masz orzechów, masz jedynie owcze promelki".)
A cóż na to Mikołaj? Można się domyśleć, że nie
był z tej modlitwy zadowolony. Otworzył więc swój
worek i pokazał niegrzecznej dziewczynce piękną
lalkę, która potrafiła mówić "mama" oraz
otwierać i zamykać oczy. Powiedział jej przy tym, że
ta lalka miała należeć do niej, jednak z powodu tej
okropnej modlitwy jej nie otrzyma.
Gertruda płakała więc prawie dwie godziny, tym
bardziej, że inne dzieci otrzymały już prezenty.
Nagle otworzyły się drzwi i wszedł raz jeszcze św.
Mikołaj, za którego przebrany był ojciec babci.
Gertruda pada raz jeszcze na kolana i obiecuje
Mikołajowi na jego polecenie, że nigdy nie będzie
mówiła takich modlitw. Obietnica była tak szczera, że
otrzymała wreszcie upragniony prezent.
Najważniejsza jednak w dniu Bożego Narodzenia była
pasterka, która odbywała się o godz. 24 w kościele
katolickim w Koczale.
Na pasterkę jechało się saniami, co było wielkim
przeżyciem dla całej rodziny. Przed wyjazdem trzeba
więc było odpowiednio przygotować sanie, kożuch
barani, wyczyścić konie i zaopatrzyć je w dzwonki.
Do Koczały wyjeżdżało się o godz. 22, ponieważ
droga prowadziła przez las i trzeba było przejechać
prawie 12 km.
Kościół w Koczale był na tę uroczystość pięknie
przystrojony. Już o godz. 23 zaczęły bić kościelne
dzwony, których koczalska kaplica posiadała trzy (do
1940 r.). Dzwony te słychać było nawet w sąsiednich
wioskach.
Pasterka rozpoczynała się przeważnie kolędą "O
du fröhliche" i trwała ok. dwie godziny.
Pieśni kościelne śpiewał chór kierowany przez
dyrygenta. Śpiewali w nim ludzie różnego wieku. Chór
podzielony był na część męską i żeńską, a
akompaniował mu organista.
Po pasterce udawano się saniami z powrotem do domu.
Spało się wówczas bardzo krótko, ponieważ czekało
wszystkich, nawet w święta, wiele pracy na gospodarce.
Najciekawszą świąteczną ceremonią dla dzieci
mieszkającym na "Zenger" było przemycie
twarzy w dniu Wielkiej Nocy w rzece Brdzie, co miało
skutkować zachowaniem piękności skóry twarzy.
Przemywać twarz należało jeszcze przed wschodem
słońca i nie można było przy tym wymówić żadnego
słowa. Jak to się odbywało, unaoczni nam fragment
opowiadania:
"Przed wschodem słońca w pierwszy dzień Wielkiej
Nocy stanęły na drodze Zengerlandu krainy trzy małe
dziewczynki: Gertruda, Anna i Hedwig - każda z nich
milcząca, z blaskiem odświętnej chwili w niewinnych
oczach.
Ruszyły przed siebie, poranny przymrozek zabarwił im
policzki, buty zaś pokrył szron biały śpiący na
źdźbłach trawy.
Minęły jezioro Cęgi Duże, wstąpiły do lasu,
przeszły drogę do Starej Brdy wiodącą.
Nie padło żadne słowo, nie pojawił się najmniejszy
choćby uśmiech na ich twarzach.
Dotarły wkrótce do wód Brdy ku wschodowi płynących,
stanęły na jej stromym brzegu, spojrzały na siebie, po
czym zanurzyły swe dłonie w zimnym nurcie wspaniałej
rzeki.
Każda z dziewczynek przemyła swą twarz płynącą
wodą, po czym szybko udały się w drogę powrotną.
Znów nie padło z ich strony żadne słowo, nie pojawił
się najmniejszy choćby uśmiech na ich twarzach.
Kiedy dotarły do domu, wybuchły naraz śmiechem tak
długo wstrzymywanym.
Ceremonia została dokonana, cud wiecznej urody został
podtrzymany.
Dziewczęta spotkały się raz jeszcze tegoż
świątecznego poranka, tym razem w koczalskim kościele
św. Marii Magdaleny imię noszącym, gdzie spoglądały
ku sobie ukradkiem mając wspólną tajemnicę, wspólne
przeżycie, wspólne wspomnienie."
Przemywanie twarzy w rzece Brdzie miało miejsce opodal
Mostu Heyera w Trzyńcu.
Do tradycji należało również zrobienie gniazdka, do
którego zajączek wielkanocny przynosił prezenty.
Gniazdka te umieszczały dzieci w ogrodzie lub w pobliżu
domu. Zając przynosił prezenty w noc wielkanocną,
kiedy dzieci spały. Zdarzały się przypadki, że taki
zajączek wielkanocny robił sobie żarty i chował
gniazdka. Dzieci miały wtedy dodatkową uciechę przy
odszukiwaniu swych prezentów. Moja babcia otrzymała raz
od zająca harmonijkę ustną, której wcześniej tak
bardzo pragnęła.
Na Zielone Świątki również zgodnie z tradycją,
przystrajano "wszystko" gałązką brzozy:
drzwi wejściowe, obrazu z sakralnymi motywami,
furmankę, rogi krów (robiono im wianki) itd.
Wyglądało to bardzo pięknie i przynosiło wiele
radości wszystkim mieszkańcom.
3
Rok 1931
był dla mojej babci rokiem szczególnym. Zaczęła ona
bowiem uczęszczać do szkoły w Trzyńcu. Szkoła ta
posiadała jedną izbę lekcyjną, w której jeden
nauczyciel udzielał swych zajęć dzieciom z ośmiu
klas.
Babcia Gertruda nie chciała iść do szkoły,
twierdziła nawet, że może wszystkiego nauczyć się
sama w domu bez pomocy nauczyciela. Chciała się ukryć,
żeby nikt jej nie znalazł. Tak więc w pierwszy i drugi
dzień na zajęcia lekcyjne zaprowadzili Gertrudę jej
rodzice. Otrzymała nowe buty i odzież oraz - co było
wówczas najważniejsze - tornister, czytankę,
podręcznik arytmetyki i tablicę szkolną z rysikiem.
Do tablicy szkolnej trzeba było mieć mokrą i suchą
gąbkę, ponieważ każde błędy w pisowni były przy
ich pomocy poprawiane.
Pierwsze dwa tygodnie odwoziła rowerem Gertrudę do
szkoły jej kuzynka. Później dziewczynka radziła sobie
sama. Było jej czasami nieco smutno, gdy szła przez las
do szkoły w Trzyńcu, ponieważ była jedyną uczennicą
z Zapadłego.
Ojciec Gertrudy kupił w 1932 r. dom w Koczale, więc
cała rodzina musiała się tam przeprowadzić. Gertruda
nie mogła przyzwyczaić się do nowej szkoły w Koczale,
która była również stara, zbudowana z drewna. Szkoła
ta miała trzy klasy lekcyjne a kierownikiem jej był
nauczyciel Bierwagen, który potrafił dobrze grać na
skrzypcach.
Moja babcia pozostała u swych rodziców do pierwszej
komunii świętej, następnie powróciła do Zapadłego,
do swojego wujka, u którego już później ciągle
mieszkała.
I znowu zaczęło się uczęszczanie do szkoły w
Trzyńcu. Drogę prowadzącą przez las, łąki i Most
Heyera pokonywała moja babcia często rowerem, jednak
nie mogła tego robić zimą.
Od trzeciego roku szkolnego dzieci musiały pomagać
również w gospodarstwie, na przykład na wiosnę przed
lekcjami paść gęsi, w południe po lekcjach znowu
paść gęsi lub owce. Można było przy tym odrabiać
lekcje szkolne, na przykład nauczyć się na pamięć
jakiejś historii lub wiersza.
W trzecim roku szkolnym otrzymała moja babcia, jak i
inne dzieci, zeszyty z piórem i atramentem. Trzeba było
więc bardzo uważać, żeby nie zrobić w zeszytach
kleksów.
Niedaleko szkoły mieszkała babcia, wujek i ciotki
Gertrudy (rodzina Wollschläger), którzy ją bardzo
lubili, Gertruda, kiedy tylko mogła, odwiedzała ich po
szkole.
Kiedy moja babcia uczęszczała do czwartej klasy, miała
pewne przeżycie, które wspominała do późnej
starości. Jej kuzyn, Alois Michalke, otrzymał wolne i
przybył do szkoły w Trzyńcu wymienić książki.
Szkoła w Trzyńcu, podobnie jak i inne szkoły,
posiadała bowiem własną bibliotekę.
Było to pod koniec nauki szkolnej. Gertruda czekała
więc na swojego kuzyna by pójść z nim razem do domu.
Nauczyciel posiadał specjalną pieczątkę, którą
potwierdził wypożyczenie książek. Dla żartu wziął
tę pieczątkę i powiedział do Gertrudy, że odciśnie
ją na jej czole i będzie miała dobry znak szkolny. I
tak też uczynił
Moja babcia zdenerwowała się na nauczyciela, rzuciła
tornister na ziemię i powiedziała, że teraz pójdzie
na policję, która go zamknie i da siano i słomę do
jedzenia.
Następnie wyszła ze szkoły bez tornistra i pełna
strachu schowała się za pewien budynek. Pomyślała,
że pójdzie do babci, która jej na pewno pomoże.
Otwiera więc drzwi od domu babci i co widzi? - tornister
leży już na przypiecku a babcia pyta ją, co też
powiedziała ona nauczycielowi. Gertruda odpowiedziała,
żeby babcia spojrzała co też nauczyciel odcisnął na
jej czole. Babcia mówi na to, żeby zobaczyła w
lustrze, że tam nic nie ma. Za karę Gertruda musiała
godzinę klęczeć w kącie. Babcia powiedziała jej
potem, aby poszła do domu, jej kuzyn Alois obiecał, że
nic w domu nie powie, tylko żeby odrobiła dobrze pracę
domową, aby nauczyciel był zadowolony. Następnego dnia
nie padło z ust nauczyciela żadne słowo związane z
historią z pieczątką. Nauczyciel Erich Pohl pochwalił
nawet Gertrudę za odrobioną pracę domową.
Dzieci wyznania katolickiego co tydzień miały dwie
godziny religii, której nauczał nauczyciel ze Starzna.
Zazwyczaj owe dwie godziny zajęć nauczyciel ten
przesypiał, a jego lekcje wyglądały następująco:
Powitanie "Szczęść Boże", następnie
modlitwa "Ojcze nasz", potem pierwszy uczeń
zaczynał mówić z pamięci swe zadanie domowe, które
dotyczyło przede wszystkim Nowego Testamentu. Kiedy
kolejni uczniowie przedstawiali swą pracę domową,
nauczyciel ten zasypiał. Dzieci były grzeczne i kiedy
ostatni uczeń powiedział swe zadanie, budzono
nauczyciela. Następowała krótka przerwa, po której
nauczyciel dawał uczniom nową pracę domową na
następny tydzień, którą dzieci na miejscu wykonywali.
Potem nauczyciel znowu zasypiał. Przed końcem lekcji
sprawdzał jeszcze pracę domową i następowało
pożegnanie.
W sąsiedniej miejscowości, w Pietrzykowie, była
również szkoła, nieco większa od tej w Trzyńcu.
Uczniowie z Pietrzykowa próbowali się wywyższać nad
uczniami z Trzyńca. Dochodziło między nimi do
utarczek. W jednej z takich bijatyk brała udział
również moja babcia, która dziwiła się później,
że ma tyle siły. Pisała w swoich wspomnieniach, że
Pietrzykowianie zobaczyli w końcu, że nie żartujemy i
mieliśmy przynajmniej na jakiś czas spokój.
Kiedy Gertruda chodziła do szóstej klasy, musiała na
5-6 tygodni wrócić do szkoły w Koczale. Jej mama była
chora i potrzebowała pomocy w domu.
Moja babcia uczęszczała wówczas już do nowej szkoły
w Koczale, która stoi na swym miejscu do dnia
dzisiejszego. Do szkoły tej chodzili uczniowie obu
wyznań. Wcześniej uczniowie wyznania katolickiego i
ewangelickiego mieli osobne szkoły.
Gertruda wspominała, że w tej szkole miała problemy,
tak jak i inni uczniowie, bo był bardzo surowy
nauczyciel, a nazywał się Knappe. Należało być na
jego lekcjach bardzo uważnym, żeby nie dostać od niego
kijem. Kiedy wchodził do klasy i miał włosy
nastroszone jak kolce u jeża, trzeba było zachować
szczególną ostrożność.
Moja babcia zakończyła naukę w szkole w Trzyńcu w
1939 r. - roku rozpoczęcia II wojny światowej.
^do góry ^
|
Strona
główna
Publikacje
Wybór
tekstów
Stare fotografie
Najstarsze
dokumenty
Linki
Kontakt
Reklama
|